Dymisja rządu, dlaczego i co dalej?
cepol 25.3.2009 Nie ma katastrofy - to standardowa praktyka demokracji - uspakaja Czechów prezydent Klaus. Ale faktem jest, że w Czechach maja problem - w samym środku prezydencji UE upadł rząd, który sobie niexle radził. Koalicja rządząca utraciła swoją siłę w chwili, gdy parlament miał głosować ustawy antykryzysowe, nieźle przygotowany pakiet ustaw, których celem jest zmiekczenie konsekwencji kryzysu finansowego w Czechach.
Była to piąta próba obalenia koalicyjnego rządu (ODS,
Chadecy i Zieloni) i pierwsza udana.
Udała się tylko i wyłącznie dzięki zjednoczeniu sił dwóch partii opozycyjnych –
ČSSD i Komunistycznej Partii
Czech i Moraw oraz… wsparciu 4 posłów, którzy
jeszcze niedawno należeli do koalicji - ODS i Partii Zielonych. Sojusz
partii lewicowych nie jest niczym niezwykłym, jakkolwiek socjaldemokratów
obowiązuje nadal ich własna uchwała o zakazie współpracy z komunistami, to już
od dawna tworzą oni z komunistami jeden front. Całe Czechy emocjonują się
bardziej tą czwórką „zdrajców”, która zapracowała na wynik dotąd dla opozycji
nieosiągalny – 101 do 96, 101 głosów za odwołaniem rządu. Dwie posłanki z tej
czwórki to buntowniczki z Partii Zielonych, już wcześniej zostały wyrzucone z
partii, założyły nową Demokratyczną Partię Zielonych i jest pewne, że wpływ na
ich decyzję miała Socjaldemokracja. Dwaj prawicowi „zdrajcy” to z kolei
członkowie ODS, którzy swój wybór (czyli głosowanie za wnioskiem socjalistów
wraz z komunistami) uzasadnili słowami – jeśli mamy wybierać między
Topolánkiem a Klausem, to wybieramy prezydenta. Zarząd partii chce ich wykluczyć,
ale - co ciekawe – posłów twardo bronią
ich organizacje miejscowe.
Część komentatorów w Pradze uważa, że za udanym obaleniem
rządu stoi więc prezydent i jakieś tajne
umowy tegoż z socjalistami. Teoria ta ma swoje oparcie m.in. w fakcie, że kilka
dni przed owym feralnym dla Topolánka głosowaniem, konserwatywny prezydent Czech
był gościem zjazdu socjalistów, na którym jego przemówienie, krytykujące obecny
rząd zostało ciepło przyjęte. Na
zjeździe miało podobno miejsce nieformalne spotkanie szefa ČSSD, Jiřego Paroubka, z prezydentem i
Pavlem Bémem, popularnym
politykiem ODS (prezydentem Pragi), szefem tej frakcji partii rządzącej, która -
tak jak Klaus - ostro sprzeciwia się ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.
Słabym punktem tej teorii jest to, że Klaus sam padł ofiarą
takiego spiskowania w 1997 roku (kiedy prezydentem był Václav Havel i rozbijał on wówczas ODS) i to, że taki scenariusz
oznaczałby przyzwolenie prezydenta na wzrost znaczenia (nawet wejście do rządu)
komunistów. Jest to niewyobrażalne, co zresztą potwierdził sekretarz prezydenta
Jakl, który w wywiadzie dla radia publicznego zastrzegł, iż Klaus nigdy nie
zgodzi się na wciągnięcie komunistów do rządu. Kolejnym mankamentem teorii
prezydenckiego sojuszu z socjalistami jest zasadniczy spór o Traktat Lizboński.
Socjaliści podpisują się bezkrytycznie – obiema rekami - za natychmiastową
ratyfikacją, natomiast prezydent to najbardziej zagorzały przeciwnik tego
dokumentu w całej Europie.
Rząd upadł i teraz należy się zastanowić, co będzie dalej.
Prezydent traktuje dymisję po wotum nieufności za standardowe posunięcie
mieszczące się w ramach demokracji. Klaus oświadczył, iż w obecnych
wydarzeniach nie dopatruje się żadnych prób zmiany polistopadowego kursu (czyli
demokracji od 1989 r.). ODS, w duchu
owych standardów, oświadczyła - ustami szefa partii Topolánka, że na premiera
zaproponuje ponownie swego przewodniczącego. Celem jest jednakże jak najszybsze
rozpisanie wyborów przedterminowych.
Socjalistom chodzi
o to, by przedterminowe wybory odbyły się jak najpóźniej – jesienią, a nawet
wiosną następnego roku. Faktem jest, że przewodnictwo Czech w UE znacznie
umocniło M.Topolánka i
pozytywnie odbiło się w sondażach. ODS odrobiła straty do ČSSD, które jeszcze jesienią ubiegłego roku
przekraczały 10 procent, natomiast obecnie mieszczą się w granicach błędu statystycznego. W dzień po obaleniu
rządu media podały dla socjalistów o wiele gorszą wiadomość - według
najnowszych sondaży letnie wybory do Parlamentu Europejskiego może wygrać
Obywatelska Partia Demokratyczna. Dane ośrodka CVVM wskazują na ODS – popiera ją 31 procent badanych,
podczas gdy na Socjaldemokrację chce
głosować 29 procent (trzeci są komuniści - 12,5 proc. głosów).
Dlatego dla lewicy letni termin wyborów (najprawdopodobniej
wrzesień) jest nie do przyjęcia. Strategia lewicy zakłada, że obecnie najlepszym
rozwiązaniem byłoby powołanie tzw. rządu fachowców (w Czechach używana jest nazwa „rząd urzędników”), co nie
nakładałoby żadnej odpowiedzialności na lewicę w związku z kryzysem. Prawica w
tym czasie straci, zostanie obarczona wszystkimi negatywnymi konsekwencjami
kryzysu. Natomiast letni termin, który lansuje partia Topolánka, pozwoliłby
prawicy osiągnąć przyzwoity wynik, czego obawia się Paroubek, szef opozycyjnej
socjaldemokracji. Dlatego grzmi on, że należy iść do urn dopiero wiosną.
Zwróćmy uwagę na pewien drobiazg. Mamy rok 2009. 17
listopada Czechy będą obchodzić 20 rocznicę Rewolucji Aksamitnej – obalenie
reżimu komunistycznego. Uważam, że rocznica ta w połączeniu z przypomnieniem
podobnej daty (1938, po 20 latach upadła przedwojenna pierwsza republika
Czechosłowacka, rok później zanikła) może dać siłom demokratycznym do ręki
potężne narzędzie mobilizacyjne. Obecne odwołanie gabinetu nie byłoby możliwe
bez udziału i wsparcia Partii Komunistycznej. Stronnictwo to jest wciąż trzecim
najmocniejszym ugrupowaniem, nie tylko w Izbie Poselskiej, ale również w
sondażach. Komuniści po ubiegłorocznych wyborach lokalnych wrócili do władzy w
województwach. Socjaliści bez nich nie mają większości –dotyczy to polityki
lokalnej, ale też tej krajowej. ODS już kilkakrotnie stosowała w przeszłości wątek
mobilizacji przeciwko recydywie komunizmu, lecz nigdy nie przyniosło to jakichś
widocznych rezultatów, tym razem jednak może być inaczej.
Opozycja ma prawo obalać rząd w sposób demokratyczny i nie
ma w tym nic zdrożnego. Jest logiczne i
zrozumiałe, że w momencie, gdy koalicja rządząca utraciła zdolność
przeprowadzania reform i spełniania swoich obietnic przedwyborczych, to polityczna
konkurencja ma prawo domagać się nawet istotnych zmian. Sęk w tym, że lewicowa
opozycja boi się - jak diabeł święconej
wody - szybkiego terminu wyborów i stawia na jakieś kunktatorskie rozwiązania.
Z tej perspektywy trudno się dziwić, że częściej niż o politycznym sprycie (w
związku z wotum nieufności) mówi się o braku poczucia odpowiedzialności
Paroubka. Pozbawiać państwo rządu w czasach kryzysu i proponować tymczasowe
rozwiązania to naprawdę dosyć kontrowersyjna postawa.
Nie zapominajmy też o tym, że marzec to dokładnie półmetek czeskiego przewodnictwa
w UE. Pozostały jeszcze trzy miesiące.
Wszystko wskazuje na to, że w tym czasie władzę formalnie będzie sprawował nadal
gabinet Mirka Topolánka, tyle, że w stanie dymisji, czyli z uprawnieniami
administratora, a nie władzy wykonawczej z prawdziwego zdarzenia. Prezydencja
technicznie będzie funkcjonowała, cała agenda pracowała, ale bez należytego
autorytetu i siły mandatu. Dodajmy, iż Czesi zorganizują jeszcze podczas swej
prezydencji m.in. szczyt UE z prezydentem USA B.Obamą. Sytuacja gabinetu w stanie
dymisji nie jest – oględnie mówiąc – specjalnie mocne.
Szef Komisji Europejskiej, José Barroso, komentując czeskie
turbulencje polityczne zauważył, że niezależnie od kłopotów Czesi muszą podpisać
Traktat Lizboński: „jeśli podpisujecie jakaś umowę, tworzycie w ten
sposób obowiązek, który jest istotny”. Czeski minister ds. europejskich,
Alexander Vondra, stwierdził, w związku z tym, co się wydarzyło w Pradze, że „proces
ratyfikacji będzie teraz o wiele trudniejszy”…
To samo można powiedzieć o ratyfikacji umów z USA, też
podpisanych, dotyczących budowy bazy radarowej USA na terytorium Czech (tarcza
antyrakietowa), co było priorytetem czeskiej prawicy.
Konstytucyjnie ruch należy teraz do prezydenta. On wyznacza
człowieka, który stworzy nowy rząd i będzie zabiegał o zdobycie zaufania w
Izbie Poselskiej. Jeśli się to nie powiedzie, prezydent wyznaczy znów kolejnego
polityka. Następne nieudane podejście spowoduje, że trzecią próbę podejmie już
ktoś inny - przewodniczący Izby Poselskiej, czyli socjaldemokrata Vlček - on wyznaczy przyszłego
premiera. Po trzecim nieudanym podejściu prezydent może rozwiązać niższą izbę,
co oznacza nowe wybory. W obecnym układzie sił, kiedy żadna ze stron nie jest w
stanie zebrać prostej większości głosów, każda próba jest z góry skazana na
niepowodzenie, o ile nie dojdzie do zawarcia umowy między ODS i
Socjaldemokracją, a to jest raczej niemożliwe. Terminy konstytucyjne są takie,
że cały ten proces może trwać ponad pół roku. ODS stanowczo odrzuciła możliwość
poparcia dla rządu fachowców. Jedynym rozwiązaniem według prawicy są
przedterminowe wybory. Te można szybciej osiągnąć w drodze przegłosowania
ustawy konstytucyjnej o skróceniu kadencji Izby Poselskiej (co już miało
miejsce w historii Czech w roku 1998), ale jedyną drogą do przegłosowania
takiej ustawy jest porozumienie dwóch najmocniejszych partii w parlamencie –
ODS i ČSSD.
Trudno powiedzieć, co będzie dalej. Obserwatorzy czeskiej
sceny politycznej są zgodni co do jednego – obecnie sytuacja jest jeszcze
bardziej zagmatwana, niż po wyborach parlamentarnych w 2006 roku, kiedy w
wyniku patowego rozdania sił w niższej izbie formowanie w miarę stabilnego
rządu trwało przeszło pół roku (wybory odbyły się w czerwcu 2006, a Topolánek objął
urząd w styczniu 2007, chociaż już we wrześniu miał uformowany gabinet - nie
zdobył jednak zaufania parlamentu, więc potrzebne było kolejne skonstruowanie
rządu; układ w Izbie Poselskiej był następujący: 100 mandatów dla koalicji
rządzącej, 100 dla lewicowej opozycji). Oczywiście, „winę” za ten stan ponosi proporcjonalna
ordynacja wyborcza. Teraz znów słychać głosy (mówią o tym chadecy, ale i ODS), że jeśli mają się odbyć przedterminowe
wybory, to według zmienionych reguł. Chadecy proponują obniżenie ilości foteli
w niższej izbie do 199, bo ten prosty zabieg ułatwiłby być może tworzenie
większościowej koalicji, ale raczej warto byłoby sięgnąć po bardziej radykalne
rozwiązanie, które proponuje ODS. Chciała ona wprowadzić do ordynacji elementy,
które nagradzałyby te najmocniejsze partie z największą ilością zdobytych
głosów (bonusy za siłę). Wątpliwe, czy w atmosferze politycznej walki, w której
nie przestrzega się właściwie żadnych zasad, jest możliwy konsensus partii i
jakakolwiek zmiana ordynacji wyborczej, tym bardziej, że czasu może być mało, a
w związku z tym nowelizacji wymagałaby też Konstytucja.
W każdym razie w obecnej sytuacji, którą można śmiało
określić jako kryzys polityczny, wzrasta znaczenie prezydenta. Jest on w tej
chwili obok senatu niekwestionowanym przedstawicielem z mocnym mandatem
demokratycznym. Czeski prezydent nie boi się walki politycznej, często walczy o coś,
w co wierzy, ale co nie ma pozornie żadnych szans na powodzenie. Moim
zdaniem będzie on walczył o odrodzenie czeskiej prawicy.
cepol
|